Dzień pierwszy - 20. 08. 2004
Na naszą pierwszą wspólną wyprawę do Rumunii wyruszyliśmy w
dziewięcioosobowym, tym razem wyłącznie męskim składzie. Wyjechaliśmy z
Przemyśla o godz. 7.30 rumuńskim autobusem kursowym do Suczawy.
Oprócz
naszej dziewiątki podróżowali w nim także inni Polacy oraz, jak się
później okazało, najważniejsze „na pokładzie” dwie Rumunki, nie licząc
oczywiście dwóch rumuńskich kierowców. Do nich to właśnie należał cały
wieziony w autobusie towar - setki kartonów plastikowych zniczy i
tekturowych pudełek z tajemniczą zawartością. Towar wypełniał autobus po
brzegi: cały bagażnik i tył autobusu, przestrzeń pod wszystkimi
siedzeniami i półki nad naszymi głowami. Z trudem znaleźliśmy miejsce
dla naszych plecaków. Rumuni byli wyraźnie w dobrych humorach i
poważnieli tylko na krótko na widok polskich i ukraińskich celników.
Tradycyjnie już spędziliśmy trzy godziny w Szeginiach oczekując na
odprawę prowadzoną przez ukraińskich pograniczników wyraźnie w żółwim
tempie.
Jechaliśmy
cały dzień autobusem obciążonym do granic możliwości mijając na ogół
zabiedzone wioski i miasteczka. W każdej z nich był czynny jakiś tam
sklep (na ogół zaopatrzony nie gorzej niż w Polsce), rzucały się także w
oczy świecące kopuły nowych cerkwi. Krótko przed zachodem słońca
zatrzymaliśmy się w małej wiosce przy granicy ukraińsko-rumuńskiej.
Kierowcy, Rumunki i mieszkańcy jednego z gospodarstw przez kilkadziesiąt
minut wypakowywali znaczną część towaru. Do przejścia granicznego
Porubne – Siret dojechaliśmy już o zmroku. Wszystkim pasażerom nakazano
wysiąść z autobusu i przejść schodami w górę, a następnie w dół przez
pawilon pamiętający czasy świetność ZSRR. Podobna procedura powtórzyła
się jeszcze po rumuńskiej stronie granicy, ale przebiegła znacznie
szybciej i w sympatyczniejszej atmosferze.
Przed
godziną 22, po 14 godzinach jazdy i pokonaniu pół tysiąca kilometrów,
dotarliśmy do Suczawy. Kierowca wysadził nas niedaleko tamtejszego
dworca kolejowego. Dworzec wydał nam się strasznie zatłoczony i
zdecydowanie mało przyjazny, więc postanowiliśmy czym prędzej sprawdzić
połączenia w interesującym nas kierunku. Zupełnie odmienny od polskiego
rozkład jazdy pociągów przysporzył nam tylko jeszcze więcej wątpliwości.
Pozostała nam wizyta w dworcowej informacji. Próby porozumienia się z
pracującą tam panią po angielsku, niemiecku i rosyjsku na niewiele się
jednak zdały. Dopiero, gdy rozłożyłem rumuńską mapę z nazwą miasta Ilva
Mica pani napisała nam na kartce godzinę odjazdu pociągu. Okazało się,
że pociąg pośpieszny do Timiszoary właśnie wjechał na peron, więc nie
było nawet czasu na myślenie o zakupie biletów. Trochę na migi, a trochę
po angielsku dogadaliśmy się z konduktorką, że wpuści nas do pociągu, a
za przejazd zapłacimy około 10 dolarów od osoby.
Odpowiednik
naszego „pośpiesznego” był strasznie zatłoczony i z trudem znaleźliśmy
na korytarzu trochę miejsca dla nas i naszych plecaków. Mniej więcej po
godzinie jazdy dotarła do nas konduktorka z dwoma kolegami w mundurach i
wypisała bilety po 296 tysięcy lei. Przedział obok zajmowali cyganie.
Konduktorka najpierw coś do nich mówiła, potem wykrzykiwała, ale cyganie
udawali, że jej nie widzą i nie słyszą. Domyśliliśmy się, że chodziło
jej o bilety. Dopiero, gdy otworzyła okno i wyrzuciła przez nie jedną z
foliowych toreb, cyganie bez słowa wyszli z zaśmieconego przedziału.
Konduktorka wskazała nam wolne miejsca. Byliśmy już trochę zmęczeni
długą podróżą, więc z wdzięcznością je zajęliśmy. Przez kilkadziesiąt
minut do naszego przedziału dobijał się dziwnie zachowujący się i
gestykulujący człowiek, tak że o śnie nie było nawet mowy. Żartowaliśmy,
że nie powinno nas to dziwić, przecież właśnie wjeżdżamy do
Transylwanii.
Dzień drugi - 21. 08. 2004
O
2.40 dotarliśmy do Ilva Mica. Na tamtejszym trochę zaniedbanym dworcu
spędziliśmy półtorej godziny czekając na pociąg osobowy do Rodnej. Bilet
na ten pociąg kosztował każdego z nas tylko 20 tysięcy lei. Do tego
niewielkiego miasteczka wjechaliśmy w zupełnych ciemnościach, więc
poczekaliśmy w malutkiej poczekali tamtejszego dworca kolejowego na
wschód słońca. Budząca się ze snu Rodna wywarła na nas całkiem miłe
wrażenie, ale my, po trwającej dobę podróży, myśleliśmy tylko o tym żeby
się przynajmniej chwilę przespać. Dogodne ku temu miejsce znaleźliśmy
tuż za Rodną obok drogi do Valea Vinului. Po krótkim odpoczynku nad
rzeką Baia wyruszyliśmy przed południem na zwiedzanie Rodnej.
W
miasteczku, od którego wzięło nazwę całe pasmo Alp Rodniańskich,
obejrzeliśmy m.in. ruiny XIII-wiecznej bazyliki dominikańskiej oraz
otwarty kościół. Po dokonaniu zakupów i wymienieniu pieniędzy
wyruszyliśmy w kierunku położonej 8 km na północ osady Valea Vinului. Po
drodze mijaliśmy archaiczne, wciąż zamieszkałe, malutkie chatki oraz
bardzo ładnie zdobione stare, drewniane domy. Obok nas kobiety prały na
asfalcie wzorzyste dywany, a z wielu mijanych przez nas domów wydobywały
się z głośników dźwięki specyficznej mieszanki tradycyjnej muzyki
południa z rumuńskim odpowiednikiem polskiego „disco-polo”. Całość
nadawała temu miejscu bardzo „orientalny” klimat.
Droga
do Valea Vinului biegła równolegle z bardzo zaśmieconą rzeką Baia. Nie
przeszkadzało to jednak mijanym przez nas grupkom Rumunów, którzy
rozbijali nad nią namioty szykując się do dłuższego biwaku. Mieliśmy
okazję jeszcze wielokrotnie się przekonać, że miejscowa ludność
wykorzystuje powszechnie rzeki, potoki i strumienie jako naturalne
wysypiska śmieci. Jeszcze gorszy widok przedstawiają cygańskie slumsy
nad rzekami, porozrzucane także na obrzeżach miast i wsi, brudne i
śmierdzące, zbite z desek, blach i byle czego.
Dzień
zmierzał ku końcowi, więc po minięciu ostatnich zabudowań postanowiliśmy
poszukać dogodnego miejsca do rozbicia namiotów. Jak się później
okazało, miała nas tu spotkać pierwsza ciekawa przygoda. Poszukiwania
kawałka płaskiego terenu na biwak rozpoczęliśmy z marnym skutkiem w
dolinie potoku Rosu. W związku z tym postanowiliśmy we dwójkę z Hucułem
poszukać dogodnego miejsca w sąsiedniej dolinie potoku Bailor. Pozostała
siódemka miała poczekać na nasz powrót. Kilkadziesiąt metrów za ostatnim
domem znaleźliśmy doskonałe, ogrodzone miejsce z altaną i dostępem do
czystej wody. Mieszkańcy pobliskiego domu nie mieli nic przeciwko temu,
abyśmy się tam zatrzymali na nocleg. Hucuł zajął się rozbijaniem
namiotu, natomiast ja wróciłem po kolegów. Ze zdziwieniem zauważyłem, że
zdążyli rozbić swoje namioty na wąskim skrawku kamienistej doliny, ale
po drugiej stronie potoku niemal pod samym zboczem. Pomyślałem, że w
razie burzy to miejsce nie będzie zbyt bezpieczne, ale skoro niektórzy
uparli się, aby tam właśnie pozostać, to trudno. Moje przypuszczenia
ziściły się szybciej niż mógłbym się spodziewać.
Dzień trzeci - 22. 08. 2004
Po
północy obudziła nas potężne burza. Z nieba lały się strugi wody.
Błyskawice rozświetlały ciemności tak często, że w środku nocy w naszym
namiocie można było czytać gazetę. Grozę sytuacji potęgowały potężne
grzmoty, zwielokrotniane przez echo odbijające się od stromych, górskich
zboczy. Od razu pomyśleliśmy z Hucułem o kolegach, którzy rozbili się
nad potokiem, w dodatku pod wielką, samotną jodłą. W tej sytuacji
mogliśmy jednak tylko czekać na wschód słońca. Skoro świt ruszyłem w
deszczu do doliny Rosu. Wchodząc do niej zauważyłem od razu, że
trzymetrowej szerokości potok, który wczoraj można było przejść suchą
stopą po kamieniach, zamienił się w szeroką, rwącą rzekę. Na szczęście
pozostali uczestnicy naszej eskapady nie ucierpieli, chociaż Talib
wylewał wodę z namiotu. Również śpiwory i plecaki były mokre. Jak nam
później opowiadali, rozbici najbliżej potoku przenosili się w
ciemnościach w pośpiechu byle dalej od wzbierającej rzeki.
Rano
pozostał jednak jeszcze problem przeprawy. Każdy bardzo ostrożnie brnął
z ciężkim plecakiem w rwącej wodzie sięgającej powyżej kolan. Jeden
nieostrożny krok groził kąpielą w brunatnych nurtach górskiej rzeki i
zaliczeniem niezłego spływu. Scena przypominała trochę znane z filmów i
zdjęć przeprawy wysokogórskich wypraw. Wszystkim udało się przedostać
bezpiecznie na drugi brzeg, chociaż Zdzichu o mało co nie stracił
drogocennego obuwia. Przerzucany przez niego but nie doleciał na drugi
brzeg wpadając z impetem do wody, która natychmiast porwała go w dół. Na
szczęście stałem nieco niżej i na tyle blisko, aby w ostatniej chwili go
wyłowić. Zdzichu był szczerze wdzięczny, gdyż perspektywa przejścia
granią Alp Rodniańskich w klapkach mało mu odpowiadała.
Kilka
następnych godzin spędziliśmy na prowizorycznym suszeniu przemoczonego
ekwipunku. Przed wyjściem w góry powstrzymywał nas ciągle padający
deszcz. Po południu pogoda polepszyła się na tyle, że mogliśmy w końcu
wyruszyć na zaplanowaną kilka miesięcy wcześniej trasę, oznaczoną w tym
miejscu biało czerwonym trójkątami. Asfaltową drogą dotarliśmy najpierw
do nieczynnej od 1998 roku kopalni rud polimetalicznych. Za nią
przeszliśmy przez skalisty Stramtoarea Dracului czyli „Diabelski
Przesmyk”. Dalej wzdłuż licznych zakosów leśnej drogi pięliśmy się
stromo pod górę. Gdy już wychodziliśmy z lasu znów dopadła nas ulewa.
Skierowaliśmy się w stronę rozległej polany z pasterską stają.
Gdy
już do niej dochodziliśmy nagle, jak z podziemi, pojawiło się wokół nas
stado kilkunastu agresywnych psów wielkości wilków. Próbowaliśmy je
przeganiać, ale i tak jeden z nich zdołał dosięgnąć łydki Finlandii.
Niewiadomo, jak skończyłaby się nasza przygoda, gdyby nie dwaj pasterze,
którzy słysząc ujadanie psów ruszyli nam na pomoc. Jak nam później
wyjaśnili, karmione przez nich półdzikie psy bronią ich owiec przed
niedźwiedziami. W prymitywnej stai przeczekaliśmy razem z pasterzami i
pomagającym im chłopcem największy deszcz delektując się serem
smakującym tak samo, jak ten, którym dwa lata wcześniej częstowali nas
pasterze w Czarnohorze. Po raz kolejny okazało się, że wskazówki dr
Mieczysława Orłowicza sprzed blisko stu lat, który w swoim przewodniku
po Alpach Rodniańskich ostrzegał turystów przed watahami psów, są
czasami cenniejsze od porad zawartych we współczesnych przewodnikach.
Ledwo
widoczna ścieżka zatoczyła w tym miejscu łuk kierując nas wprost na
grzbiet, który osiągnęliśmy po 2,5 godzinach od opuszczenia Valea
Vinului. Po przejściu 6 km i „zaliczeniu” 800 metrów podejścia
dotarliśmy na jedno z bocznych ramion głównej grani Alp Rodniańskich.
Zastaliśmy tam sfatygowany metalowy kierunkowskaz informujący, że
kierując się za biało-niebieskimi kółkami można wejść w 3 godziny na
Ineul, a po 4 zejść w przeciwnym kierunku do Rodnej. Pomimo chmur
przysłaniających okoliczne szczyty mogliśmy nareszcie podziwiać pierwsze
górskie widoki, które były tylko preludium do tego, co mieliśmy zobaczyć
w kolejnych dniach.

Prawie na samej grani, na wysokości 1485 m n.p.m., w miejscu nazywanym
przełęczą Curatel ulokowało się schronisko. Nie był to jednak budynek,
do jakich są przyzwyczajeni turyści w polskich górach. Pozbawiona
gospodarza drewniana chatka przypominała raczej prymitywne drewniane
schrony służące pierwszym polskim turystom w Tatrach i całych Karpatach
Zachodnich i Wschodnich na przełomie XIX i XX wieku. Na parterze
mieściły się dwa pomieszczenia z podestem do spania dla kilku osób,
drewnianym stołem, ławką oraz paleniskiem zakończonym kamiennym kominem.
Ilość znajdujących się w nim śmieci wskazywała na to, że od dawna nie
rozpalono w nim ognia. Na poddaszu zmieściły się dwa pokoiki, w których
mogło przenocować kolejnych kilka osób.
W
pobliżu schroniska znaleźliśmy także wydajne źródło. Teoretycznie w
okresie letnim pełnią tam dyżury ratownicy Salvamontu (odpowiednika
naszego GOPR-u). My jednak nie zastaliśmy tam żadnego rumuńskiego
ratownika. Spotkaliśmy za to grupę Czechów oraz bardzo odważną Niemkę,
która samotnie przemierzyła główną grań. Cały czas towarzyszyły nam
także duże i wyraźnie wychudzone psy pasterskie, jednak znacznie
spokojniejsze od tych, które zaatakowały nas przy stai. Ich zachowanie
wskazywało na to, że do perfekcji opanowały sztukę wyłudzania jedzenia
od nocujących w schronisku turystów.
Przed
schroniskiem miało jeszcze miejsce zabawne wydarzenie. Trochę dla zabawy
zaśpiewaliśmy stojąc na baczność bardzo, bardzo nieoficjalny hymn
naszego klubu. Przechodzący wtedy obok nas Czesi, widząc powiewającą ze
schroniska zabraną przez nas z kraju flagę i sądząc zapewne, że śpiewamy
polski hymn, również przystanęli wyprostowani. Parskając śmiechem
dokończyliśmy jednak naszą pieśń. Większość ekipy rozlokowała się na
pryczy i na podłodze chatki, natomiast ja, Hucuł i Staszek
postanowiliśmy spędzić noc w namiocie rozbitym na samej grani obok
schroniska. Przed północą zerwał się tak silny wiatr, że wydawało nam
się, iż tylko nasz własny ciężar powstrzymuje namiot przed odfrunięciem
w ciemną czeluść głębokiej doliny pod nami. Koledzy nocujący w
schronisku opowiadali następnego dnia, że wydawało im się, iż szalejący
wiatr lada chwila rozniesie drewnianą chatkę na strzępy. My natomiast
mieliśmy wrażenie, że w namiocie oprócz nas jest jeszcze ktoś. Szarpanie
cienkimi ściankami namiotu tłumaczyliśmy sobie jednak atakami szalejącej
wichury.
Dzień czwarty - 23. 08. 2004
Otwierając
w półmroku namiot spostrzegłem w jego przedsionkiem w odległości
zaledwie kilkunastu centymetrów wpatrujące się we mnie oczy i białe kły.
Na moje szczęście był to jednak tylko jeden z pasterskich psów, który
nieproszony wślizgnął się do przedsionka namiotu i spędził w nim noc
licząc zapewne także na darmową wyżerkę. Świt w przedzierających się
przez chmury promieniach wschodzącego za górami słońca dawał nadzieję na
ładną pogodę. Po śniadaniu w towarzystwie kilku nie opuszczających nas
ani na krok psów wyruszyliśmy w kierunku głównej grani Alp Rodniańskich.
Początkowo
podchodziliśmy ścieżką wzdłuż grzbietu podziwiając widoki, a nawet
okazałą tęczę nad sąsiednim grzbietem, jednak wraz ze zdobywaniem
wysokości pogoda coraz bardziej się psuła. Stając na skalistym
wierzchołku Curatel (1851 m n.p.m.) mogliśmy sięgnąć wzrokiem nie dalej
niż na dwadzieścia metrów. Gęsta mgła, mżawka i zimno nie napawały nas
optymizmem. Po trzech godzinach podejścia dotarliśmy do przełęczy pod
Ineulem, na której spostrzegliśmy biało-czerwone znaki głównego szlaku.
Pomimo kiepskiej pogody postanowiliśmy zaatakować ukryty w chmurach
szczyt, na który weszliśmy niespełna pół godziny później.
Ineul
(2279 m n.p.m.) przywitał nas przenikliwym zimnem i zacinającym deszczem
przechodzącym stopniowo w tnące twarz kryształki lodu. Pobyt na szczycie
przy widoczności zaledwie kilku metrów skróciliśmy więc do minimum.
Wróciliśmy z powrotem na przełęcz, na której musieliśmy się zastanowić
co dalej. Planowaliśmy iść dalej główną granią, ale w takich warunkach,
w zupełnie nieznanym terenie nie byłoby to zbyt mądre. Po krótkiej
dyskusji, podczas której padały sprzeczne propozycje, zadecydowałem, że
zejdziemy w przeciwnym kierunku nad jeziorko Lala Mica. Na nasze
szczęście, gdy zeszliśmy poniżej przełęczy Ineutului położonej pomiędzy
Ineulem a szczytem Ineut, widoczność poprawiła się na tyle, że
dostrzegliśmy ukrytą w kotle taflę jeziorka. Zbliżając się do niego
zauważyliśmy pod skałą dwa namioty. Biwakowało w nich kilkoro Rumunów,
którzy jednak, jak się później okazało, w przeciwieństwie do nas niebyli
zainteresowani błąkaniem się po szczytowych partiach gór.
Rozbiliśmy
namioty kilkanaście metrów od jeziora Lala Mica na niezajętym jeszcze
kawałku płaskiego terenu. Brak suchego opału (w skalistym terenie udało
nam się wyciąć jedynie kilka krzaków kosówki) oraz wszechogarniająca
wilgoć i zimno sprawiły, że rozpalenie jako takiego ogniska zajęło nam
prawie dwie godziny. Mieliśmy w tym dniu za sobą 700 metrów podejścia w
fatalnych warunkach atmosferycznych, więc myśleliśmy tylko o odpoczynku.
Pod koniec dnia pogoda poprawiła się na tyle, że dwóch z nas pokusiło
się jeszcze o zdobycie górujących nad nami szczytów. Gienek wszedł
ponownie na Ineul, natomiast ja podziwiałem samotnie piękną panoramę z
oświetlonego promieniami zachodzącego słońca szczytu Ineut (2222 m n. p.
m.). W nocy, na wysokości prawie 2000 tysięcy metrów, i tak już niska
temperatura spadła znacznie poniżej zera. Każdy z nas ubierał na siebie
co tylko miał w plecaku. Otuleni w kilka warstw odzieży oraz śpiwory
myśleliśmy tylko o tym, żeby dotrwać do rana.
Dzień piąty - 24. 08. 2004
Widok,
jaki ujrzeliśmy o świcie, wynagrodził nam wcześniejsze niewygody. Za
taflą niewielkiego jeziora mieniły się kolorami wschodzącego słońca
zalegające w dolinach mgły. Wszystko wokół nas było pokryte warstwą
szronu. Mieliśmy przez to duże problemy z uruchomieniem naszej maszynki
gazowej, której zawór po prostu zamarzł. Dzień zapowiadał się bardzo
ładnie, więc w miarę szybko zwinęliśmy nasze obozowisko i ruszyliśmy w
góry. Podchodziliśmy tą samą drogą przez przełęcz Ineutului na główną
grań. Po czterdziestu minutach marszu weszliśmy ponownie na Ineul (2279
m n.p.m.) - drugi co do wysokości szczyt Alp Rodniańskich. Fantastyczne
widoki ze szczytu urzekły nas tak bardzo, że spędziliśmy na nim prawie
godzinę. Rozpoznawaliśmy m.in. oddalone, ale doskonale widoczne i
przemierzone przez nas podczas wcześniejszych klubowych wypraw pasma
Czarnohory i Gorganów, a także pasma gór Suhard, Gór Kelimeńskich,
Obczyn Bukowińskich i Karpat Marmaroskich.
Ze
szczytu ruszyliśmy główną granią przypominającą nasze Tatry Zachodnie. Z
jej południowej strony obniżały się łagodne, trawiaste stoki
przechodzące stopniowo w boczne ramiona, natomiast od północy grań
spadała w wielu miejscach ostro skalistymi urwiskami. W oddali
widzieliśmy na grani pasterzy przeprowadzających swoje stada przez
przełęcze. W Polsce na takiej wysokości to już raczej niespotykany
widok. Przy bardzo dobrej pogodzie, chwilami było chyba ze trzydzieści
stopni cieplej niż jeszcze kilka godzin wcześniej, zdobyliśmy kolejne
szczyty: Coasta Neteda (2060 m n.p.m.) , Cisa (2036 m n.p.m.) i Omului
(2134 m n.p.m.) Do tego ostatniego dotarliśmy po czterech godzinach od
opuszczenia Ineula. Po drodze spotkaliśmy małe grupy rumuńsko, niemiecko
i czeskojęzycznych turystów.
Podążając dalej wijącą się na północ, a później na zachód granią
weszliśmy na Gargalau (2159 m n.p.m.), a następnie przez przełęcze na
wysokości 1907 i 1882 m n.p.m. z małymi jeziorkami zdobyliśmy Galatului
(2048 m n. p. m.) Cały czas towarzyszyła nam imponująca panorama.
Schodząc z tej ostatniej góry spotkaliśmy grupę naszych rodaków, którzy
szli w przeciwnym kierunku. Widzieliśmy stamtąd także doskonale cel
naszej wędrówki – potężny masyw Pietrosula, a w odległej dolinie
błyszczały w słońcu zabudowania Borszy.
Tego
dnia byliśmy już w drodze od prawie dziewięciu godzin, więc w okolicach
przełęczy Laptelui zaczęliśmy się rozglądać za dogodnym miejsce na
biwak. Czas był ku temu najwyższy, gdyż Talib zaczął zdradzać objawy
niedyspozycji żołądkowej. Według węgierskiej mapy, która czasami
okazywała się pomocna, miała stąd biec w dół oznakowana ścieżka
prowadząca do jedynego w okolicy płaskiego kawałka terenu. Mimo
dłuższych poszukiwań nie natrafiliśmy nawet na jej ślad, więc pozostało
nam zejście bardzo stromym zboczem do upatrzonego z góry miejsca.
Namioty rozbiliśmy poniżej grani na wysokości ok. 1800 m n.p.m., tuż
przy wypływającym spod przełęczy strumyku. Już po zachodzie słońca
usłyszeliśmy charakterystyczne dzwonki owiec, a chwilę później
ujrzeliśmy całe ich stado poganiane z dołu przez pasterza i małego
chłopca. Obaj sprawnie przepędzili owce przez przełęcz przechodząc na
południową stronę grani. Jak się później okazało, w tym dniu przeszliśmy
granią 16 km pokonując 900 metrów różnicy wzniesień. Noc spędzona pod
granią była na szczęście mniej zimna od poprzedniej.
Dzień szósty - 25. 08. 2004
Kolejny wschód słońca dostarczył nam następnych niezapomnianych widoków.
Rano okazało się, że Talib nadal cierpi, więc Kuba postanowił zejść z
nim wzdłuż strumienia do cywilizacji w odległej dolinie. Warto w tym
miejscu wspomnieć w kilku zdaniach o przygodzie, jaka ich spotkała. O
ile zejście do ruin spalonego kilka lat wcześniej schroniska Puzdrele
nie przysporzyło im większych trudności, to dalsza trasa obfitowała w
niebezpieczne momenty. Ledwo widoczna ścieżka zawiodła ich do koryta
strumienia, którym schodzili przedzierając się przez głazy i powalone
drzewa. W pewnej chwili otoczyła ich wataha kilkunastu dużych,
agresywnych psów. Próbowali je odganiać trzymanymi w rękach kijami, ale
na niewiele się to zdało. Z naprawdę poważnej opresji wybawił ich
pasterz, który słysząc ujadanie psów zbiegł z góry i sobie tylko znanym
sposobem zdołał je odgonić. Po kilku godzinach, nieźle wystraszeni i
zmęczeni dotarli do szosy prowadzącej do Borszy.
Tymczasem
nasza siódemka, nieświadoma niebezpiecznej przygody Taliba i Kuby,
wspięła się ponownie na główną grań. Szlak prowadził ścieżką trawersując
doskonale widoczny skalisty wierzchołek Laptelui Mare. Po drugiej
stronie wznosił się nad granią imponujący wierzchołek Puzdrelor, ale z
żalem ominęliśmy oba szczyty obawiając się, że może nam nie starczyć
czasu, aby przed zmrokiem dotrzeć do Borszy. Na krótkim odcinku szlak
biegł przez niewielkie pole niskiej kosówki, która była jednak niczym w
porównaniu z tym co spotykaliśmy na każdym kroku w Gorganach. Dzięki
wspaniałej pogodzie cały czas podziwialiśmy pobliskie góry, jak i
bardziej odległe pasma górskie. Ścieżka prowadziła nas dalej przez
przełęcze, na których spotykaliśmy tym razem spokojne pasterskie psy,
jak i stada pasących się owiec i koni. Po trzech godzinach marszu
stanęliśmy na szczycie Repede (2074 m n.p.m.). Następnie skręcając na
północ wspięliśmy się na wierzchołki: Cormaia (2033 m n.p.m.) i Obarsia
Rebri (2052 m n.p.m.) Za nimi, na przełęcz Tarnita la Cruce, spotkaliśmy
kolejne grupki rumuńskich i niemieckich turystów. Widzieliśmy stąd
doskonale nasz cel – skalisty masyw Pietrosula.
Podążając
skalistą ścieżkę oznaczoną biało-niebieskimi paskami zaczęliśmy się
wspinać na Rebrę. Na jej wyższy wierzchołek o wysokości 2268 m n.p.m.
weszliśmy otoczeni ograniczającymi widoczność chmurami. Pomimo tego,
chwilami widzieliśmy doskonale imponujący, postrzępiony masyw Pietrosula
przypominający trochę Tatry Wysokie. Z Rebry zeszliśmy szlakiem wśród
skał na przełęcz Curmatura Pietrosului oddzielającą ją od Pietrosula.
Wspinając się na Pietrosul widzieliśmy coraz wyraźniej malutki budynek
na samym szczycie. Kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka zwróciliśmy
uwagę na sprawiające wrażenie skorodowanych, a miejscami wyraźnie
uszkodzone przez pioruny metalowe barierki odgradzające kamienny chodnik
od krawędzi głębokich przepaści. Na najwyższym szczycie Alp Rodniańskich
i całych Karpat Wschodnich Pietrosulu (2303 m n.p.m.), nazywanym także
Pietrosem Rodniańskim, stanęliśmy po 7 godzinach od wyruszenia spod
przełęczy Laptelui. Okazało się, że ten widziany przez nas z oddali
budyneczek to niewielki kamienny, niestety częściowo zdewastowany
schron. Po chwili zaroiło się przy nim od turystów mówiących w kilku
językach. Także po polsku.
Na szczycie spędziliśmy kilkadziesiąt minut czekając na chwile, kiedy to
wśród chmur pojawiała się imponująca panorama Alp Rodniańskich. W pewnym
momencie zauważyliśmy nieczęsto spotykane zjawisko nazywane widmem
Brockenu. Pojawiające się za nami promienie słońca sprawiały, że na
powierzchni przesuwających się poniżej chmur zobaczyliśmy nasze
podświetlone i nienaturalnie wielkie cienie. Wśród sporej grupy turystów
górskich panuje od wielu lat przesąd, że ujrzenie widma Brockenu wróży w
górach rychłe nieszczęście. Ponoć niebezpieczeństwo mija dopiero po
ujrzeniu tego zjawiska po raz trzeci. Wtedy to, przeciwnie staje się ono
zwiastunem pomyślności podczas górskich wędrówek.
Czekało
nas jeszcze zejście do Borszy i „zgubienie” na stosunkowo niedługim
odcinku ponad 1600 metrów wysokości, więc z żalem rozpoczęliśmy
schodzenie w dół. Licznymi zakosami zeszliśmy do położonego ponad pół
tysiąca metrów niżej pięknie położonego jeziorka Iezer. Schodząc na dno
kotła polodowcowego zatrzymaliśmy się na chwilę przy krzyżu
upamiętniającym lawinę, która pochłonęła tu życie węgierskich turystów.
Wkrótce dotarliśmy do pierwszych od kilku dni zamieszkałych przez ludzi
budynków stacji meteorologicznej. Schodząc dalej gruntową drogą łączącą
stację z Borszą, coraz bardziej zmęczeni, traciliśmy wysokość zaliczając
kolejne zakręty. Na wysokości około 1000 m n.p.m. pojawiły się pierwsze
szałasy i drewniane budynki, ale nam wydawało się, że droga w dół dłuży
się w nieskończoność. Z ulgą zatrzymaliśmy się więc na chwilę w
pierwszym sklepie po drugiej stronie Alp Rodniańskich. Po pokonaniu w
tym dniu 24-kilometrowej trasy, tysiąca metrów w pionie i 2 kilometrów w
dół dotarliśmy do przedmieść Borszy, gdzie czekali na nas koledzy,
którzy mieli już za sobą równie wyczerpującą trasę i niebezpieczne
spotkanie z watahą psów.
Kuba i Talib dotarli do Borszy kilka godzin przed nami i postanowili
rozejrzeć się za jakimś przyzwoitym noclegiem. Po sprawdzeniu kilku
hoteli i pensjonatów, zaskoczeni wysokością cen za nocleg, postanowili
poszukać dogodnego miejsca do rozbicia namiotów na terenie prywatnych
posesji. Znaleźli je przed jednym z nowych domów w bocznej uliczce
sprawiającej wrażenie zdecydowanie bardziej wiejskiej niż miejskiej.
Właściciel domu chętnie zgodził się na rozbicie namiotów za dwa dolary
od osoby.
Okazało
się, że Borsza, niewielkie, ale bardzo ruchliwe miasto, jest popularna
wśród zagranicznych turystów wypoczywających w pobliskim kompleksie
narciarskim z wyciągiem krzesełkowym i szeregiem hoteli. Na ulicach
Borszy trudno było nie zauważyć setek wypasionych samochodów z
przeważnie włoskimi rejestracjami. Dowiedzieliśmy się później, że bardzo
wielu młodych mieszkańców Borszy i okolic pracuje na czarno na Półwyspie
Apenińskim. Zarobione tam pieniądze inwestują właśnie w samochody.
Jednak coraz więcej mieszkańców Borszy widzi przyszłość w obsłudze
turystów. Dowodem na to są nowe, duże domy, które mogą z powodzeniem
pełnić rolę pensjonatów, wyrastające pomiędzy małymi, urokliwymi
chatkami z drewna. Większość mieszkańców Borszy, z którymi
rozmawialiśmy, deklarowała znajomość języków obcych. Jednak próby
porozumienia się w jakimkolwiek innym języku poza rumuńskim kończyły się
z reguły niepowodzeniem, co doskonale ilustruje następujące zdarzenie.
Talib i Kuba postanowili skorzystać ze zdobyczy cywilizacji i weszli do
kawiarenki internetowej przy głównej ulicy miasta. Obsługujący ją młody
tubylec zapytany, czy mówi po angielsku lub niemiecku potwierdził
zdecydowanie: Yes. Następne pytanie brzmiało: ile zapłacimy za godzinę
dostępu do internetu? Rumun odpowiedział natychmiast: Yes. Na wszystkie
inne pytania odpowiadał niezmiennie z uśmiechem: Yes.
W jednym z kilku niewielkich sklepów na „naszej” bocznej ulicy
spotkaliśmy grupkę Polaków, tak samo jak my oczarowanych pięknem
rumuńskich Karpat i samą Rumunią. Po rozbiciu namiotów na podwórku
rozmawialiśmy z jego właścicielem trochę przy pomocy rąk, a trochę
dziwną mieszaniną słów polskich i rumuńskich. Wieczorem gospodarz
poinformował nas, że jedzie z całą rodziną na imprezę i że może wrócić
nad ranem.
Dzień siódmy - 26. 08. 2004
Rano,
niczym w reklamie, obudził nas aromat kawy. W namiocie pojawił się
uśmiechnięty od ucha do ucha gospodarz z tacą pełną świeżo zaparzonej
kawy. Nie miał także nic przeciwko temu, aby każdy z nas odświeżył się w
łazience jego obszernego domu. Po tygodniu mycia się wyłącznie w
lodowatych, górskich potokach nawet zwykła łazienka wydaje się być
luksusem. W tym dniu zaplanowaliśmy zwiedzenie Borszy oraz sprawdzenie
możliwości powrotu w kierunku Suczawy. Zabudowa Borszy ciągnie się w
zasadzie wzdłuż głównej i ruchliwej ulicy. Miasto istnieje od XIV wieku,
a wielu jego mieszkańców to potomkowie przybyłych tu w 1777 toku
górników z Niemiec. My postanowiliśmy zwiedzić piękną drewnianą cerkiew
z 1718 roku. Ten imponujący i trochę zasłonięty przez nową murowaną
cerkiew zabytek zbudowano w stylu marmaroskim, zupełnie odmiennym od
cerkwi spotykanych w „naszych” Karpatach. Kryta gontem cerkiew w Borszy,
jak wiele innych zabytkowych świątyń prawosławnych w Rumunii, zwraca
uwagę wysoką wieżą słupową. Żałowaliśmy, że była zamknięta i nie
mogliśmy zwiedzić jej wnętrza.
Spacer po Borszy zakończyliśmy poszukiwaniami środka transportu, który
mógłby nas zawieźć w kierunku jedynego w tej części Rumunii czynnego
przejścia granicznego z Ukrainą. Okazało się, że cała tamtejsza
komunikacja opiera się na niewielkich prywatnych busach. Po dłuższych
negocjacjach w sprawie ceny i godziny odjazdu wybraliśmy jeden z busów
należący do Rumuna o trochę demonicznym wyrazie twarzy i, jak się
później okazało, równie diabelskim usposobieniu. Mając w perspektywie
podróż przez górską przełęcz wybraliśmy ten samochód dlatego, że w
odróżnieniu od pozostałych pojazdów w jego oponach było zdecydowanie
więcej gumy niż wystających drutów. Umówiliśmy się, że za 2 i pół
miliona lei zawiezie nas do Suczawy.
Pożegnaliśmy
się z gościnnym właścicielem podwórka, na którym wypadł nam ostatni
nocleg na rumuńskiej ziemi i o godz. 15 wyjechaliśmy z Borszy. Tuż za
miastem dosiadł się do nas wiekowy ksiądz i to chyba tylko dzięki jego
modlitwom czytacie tę relację. Szybko zorientowaliśmy się, że nasz
kierowca zdradza wyraźne objawy niewyspania. Perspektywa podróży stromą
i pełną niebezpiecznych zakrętów górską drogą z zasypiającym kierowcą
sprawiła, że siedząc z Kubą obok niego postanowiliśmy co chwilę
kontrolować, czy, co mu się kilkakrotnie zdarzyło, nie zamyka oczu. Nasi
nieświadomi zagrożenia koledzy drzemali z tyłu w najlepsze, tymczasem
my, zamiast podziwiać przepiękne górskie widoki cały czas obserwowaliśmy
Rumuna. Nie było nam do śmiechu, gdyż kierowca nie chciał się ani na
moment zatrzymać, a droga biegła ciągle w górę ostrymi zakrętami bez
najmniejszej choćby barierki, dosłownie na skraju przepaści. Na
wysokości około 1400 metrów n.p.m., tuż przed przepięknie położoną
przełęczą o swojsko brzmiącej nazwie Prislop, Rumun kierował samochodem
już tylko jedną ręką. Drugą zajmowało mu piwo, które co chwilę popijał.
Nie wiedzieć czemu w tym momencie przypominało mi się widziane dzień
wcześnie ze szczytu Pietrosula ponoć zwiastujące nieszczęście widmo
Brockenu. Tego było już za wiele i postanowiliśmy z Kubą przejąć
kontrolę nad pojazdem, którym podróżowaliśmy. Ostra wymiana zdań z
demonicznym Rumunem - ani my nie rozumieliśmy jego, ani on nas -
wyraźnie otrzeźwiła kierowcę. Jego senność i piwo znikły, za to zaczął
się popisywać karkołomnymi popisami na drodze. Widząc po raz pierwszy,
jak przy dużej szybkości Rumun wyprzedza „na trzeciego” tuż przed
nadjeżdżającym z przeciwka samochodem, Kuba wyszeptał tylko z niknącą
nadzieją w głosie: Nie, on tego nie zrobi! Diabeł transylwański, jak go
później nazwaliśmy, zrobił to jednak jeszcze kilkakrotnie, co było
powodem następnych kłótni. Nasza cierpliwość skończyła się w momencie,
gdy w trakcie jazdy kierowca puścił kierownicę i krzycząc: bani! bani!
zaczął się domagać natychmiastowego wypłacenia większej kwoty od tej
uzgodnionej w Borsie.
Jedyna
w swoim rodzaju, niepowtarzalna i soczysta wiązanka przekleństw, jaką w
tym momencie usłyszał od Kuby w niezrozumiałym dla siebie języku
polskim, była tak dobitna, że do końca podróży w zasadzie już się do nas
nie odzywał. Tak minęły nam trzy godziny długo niezapomnianej podróży,
podczas której byliśmy w dodatku katowani rumuńskim odpowiednikiem
disco-polo. Gdy szczęśliwie dotarliśmy do Suczawy, kierowca nie miał
oczywiście pojęcia, jak trafić na dworzec autobusowy, jednak jakimś
cudem dowiózł nas do celu. Na dworcu okazało się, że w tym dniu nie ma
już żadnego połączenia w kierunku granicy. Przyłączył się tam do nas
nasz rodak z Poznania, który również nie miał pomysłu na to, jak się
wydostać z Suczawy. Po krótkich poszukiwaniach innego środka transportu,
na placu sąsiadującym z dworcem udało nam się wsiąść do dwóch
ukraińskich busów z zasłonkami w oknach jadących do Czerniowiec. Ich
kierowcy, którzy zainkasowali od każdego z nas po 8 dolarów, zapewniali,
że na pewno zdążymy na nocny autobus jadący z Czerniowiec do Lwowa.
Granicę przekroczyliśmy nawet sprawnie i przed godziną 22 byliśmy już w
Czerniowcach. Gdy wysiedliśmy na zamkniętym na cztery spusty dworcu
autobusowym okazało się, że w rozkładzie jazdy nie ma żadnego nocnego
autobusu w kierunku Lwowa. Postanowiliśmy więc poszukać szczęścia na
odległym dworcu kolejowym. Dojechaliśmy tam trolejbusem nr 3. Niestety,
najbliższy pociąg do Lwowa odjeżdżał dopiero następnego dnia o godzinie
8 rano. Włóczenie się nocą po mieście u naszych wschodnich sąsiadów nie
należy do najrozsądniejszych zajęć, więc pozostało nam przeczekanie do
rana w zatłoczonej poczekali oraz na korytarzu okazałego i nawet
zadbanego dworca w Czerniowcach.
Dzień ósmy - 27. 08. 2004
Około godziny 4 nad ranem napatoczył się właściciel busa, który
zaoferował, że za 100 dolarów zawiezie całą naszą dziesiątkę aż do
polskiej granicy. Mając w perspektywie następny dzień jazdy pociągiem do
Lwowa, a potem busem do granicy przystaliśmy na tę propozycję. Kierowca
dotrzymał słowa i sześć godzin później byliśmy już na granicy,
zatrzymując się wcześniej na chwilę na tradycyjne zakupy w Mościskach.
Granicę przekroczyliśmy jak zwykle przez przejście piesze w Medyce. Do
Przemyśla dotarliśmy busem przed godziną 11. Po ośmiu dniach wyprawy w
najwyższe góry Karpat Wschodnich byliśmy znowu w domu.
W wyprawie Alpy Rodniańskie 2004 uczestniczyli: Zdzisław Binko, Jakub
Chabowski, Eugeniusz Chruścicki, Mariusz „Finlandia” Fin, Stanisław
Frydlewicz, Dariusz „Harnaś” Hop, Leszek Koman, Robert „Talib” Manes i
Piotr „Hucuł” Tadla.
Dariusz „Harnaś” Hop |